W Młochowie pierwszą wizytę złożyliśmy w połowie lat osiemdziesiątych. Pałac, w którym mieścił się wówczas Instytut Ziemniaka, tętnił życiem. W pałacowych komnatach urządzono naukowe pracownie, bibliotekę, świetlicę, stołówkę. Jedynym zarzutem pod adresem ówczesnego właściciela był brak opieki nad ogrodem.
Ponownie zawitaliśmy tu wiosną 2000 roku i z przerażeniem zarejestrowaliśmy tragiczny obraz. Pałac jest opuszczony, przybysza witają wybite okna i częściowo powyrywane z nich ramy. Drzwi wejściowe, choć wciąż zamknięte na solidny zamek, nie stanowią żadnej przeszkody, bo zdobiące je szybki są porozbijane. W środku pałacu nie ma już nic, co by mogło zaświadczyć o jego - jakże przecież niedawnej - poprawnej, naukowej eksploatacji. Gospodarze usunęli z budynku wszystko, co wydawało się im cenne, pozostałymi zaś rzeczami zajęli się miejscowi złodziejaszkowie. Z imponujących kolumn portyku płatami odpada tynk, ściany pałacu pokrywają wulgarne graffiti, a wokół okien powiewają smętnie pozrywane przewody antenowe i telefoniczne.
Stojąc przed skierowanym ku kompletnie zarosłemu dziczkami i chwastami ogrodowi portykiem kolumnowym, dostrzegliśmy w lewym skrzydle pałacu ślady ludzkiej obecności. Okazuje się, że znajduje się tam wybudowana na dziko klatka schodowa, prowadząca do kilku wygospodarowanych z pałacowych sal mieszkań. Dziś już tylko jedno z nich zajmują lokatorzy, ale podobno trudno ich zastać. Mogliśmy jedynie stwierdzić ich wyjątkową troskę o koty, o której świadczyły gęsto rozstawione na stopniach schodów miseczki z pożywieniem i charakterystyczny dla obecności tych zwierzątek zapach.